Wpływ Gwiazd i Planet

W pewien weekendowy wieczór siedzieliśmy z przyjacielem w popularnej krakowskiej restauracji. Wojtek włączył zegar astrologiczny. Za kilka minut miał wschodzić na horyzoncie Saturn. „Zobaczysz co się za chwilę stanie” – powiedział, a zabrzmiało to bardzo intrygująco. Z chwili na chwilę gwar przycichał, by ustąpić miejsca ciszy. Tym bardziej, że sala wyludniała się w błyskawicznym tempie. Została mniej niż połowa biesiadników i jakoś nie mieli ochoty konwersować. Sam poczułem ogarniające mnie przygnębienie i niechęć do rozmowy. Po 20 minutach wszystko wróciło do normy, ponownie pełna sala rozbrzmiewała śmiechem i pogawędkami. Jeśli tak działa jedna planeta oddalona o miliony kilometrów, to jak działa cały chór gwiazd i planet na każdego z nas?

Kilka lat temu zaciekawiony pierwszymi obserwacjami astrologicznymi podniosłem głowę do góry i zacząłem rozpoznawać konstelacje gwiazd. Przyglądałem się, ale inaczej niż robiłem to do tej pory. Nie tak, jak patrzą astronomowie czy też liczni miłośnicy nocnych obserwacji nieba. Zacząłem czuć sercem. Tak jak wcześniej słuchałem cichej mowy drzew, kwiatów, ludzkich ciał, które leżały przede mną podczas zabiegów refleksologicznych. I poczułem, usłyszałem… Trudno znaleźć właściwe słowa. Zrozumiałem, że konstelacje nie wzięły się znikąd, podobnie jak znane z prastarych ksiąg astrologicznych opisy wpływów poszczególnych gwiazd i planet. To nie wymysł, ale efekt głębokich „odbiorów” , które mieli starożytni. Pamiętajmy, że mieli na to czas, nie pożerał ich uwagi Internet, telewizja i inne media. Mieli też otwarte serca i zmysł obserwacji.

Nagle zrozumiałem, że potrafię coś, co zdarza się rzadko, bardzo rzadko. Tak jak przed laty, gdy wpatrywałem się w przekrój serca w atlasie anatomicznymi. Mój kolega był wtedy w szpitalu, a ja chciałem zlokalizować problem, o którym wspomniał w rozmowie telefonicznej. Instynktownie przyłożyłem rękę do książki i poczułem pod nią bijące serce. Nie muszę tłumaczyć, jak byłem zaskoczony. Po kilkunastu latach spotkałem wietnamskiego uczonego, który m.in. poprzez takie metody pomaga chorym. Był zaskoczony, że niezależnie od niego ktoś intuicyjnie wpadł na ten sam pomysł.

Gdy blisko 20 lat temu po raz pierwszy poczułem siłę swojej intuicji, pracowałem jako dziennikarz w znanej i powszechnie szanowanej stacji radiowej. Radiestezja, bioterapia, „czytanie ze zdjęć”, uzdrawianie na odległość – to wszystko wciągało, ale była też zwykła, przyziemna praca. Mimo kilku kursów bioenergoterapii (dyplom czeladnika z 2003 r.) i indywidualnych szkoleń z zakresu radiestezji i psychotroniki nie byłem gotowy, by na takiej działalności oprzeć swoje życie zawodowe. Najpierw postanowiłem nauczyć się masażu klasycznego. Potem przez lata przy „ziemi”, a raczej przy ciele fizycznym, trzymała mnie refleksologia. Fascynowało mnie ile można zdziałać technikami neuro-odruchowymi. Każdy rok kolejnych szkoleń i nowych doświadczeń poszerzał moją wiedzę.

Czas pokazał, że refleksologia, mimo bardzo wielu zalet, ma jednak również ograniczenia. Oddziaływanie na układ nerwowy, hormonalny i emocje poprzez stymulację punktów i stref odruchowych nie wyczerpuje przecież całego spektrum problemów, jakie ujawniają się podczas pracy z Człowiekiem. W pewnym momencie znalazłem zastosowanie w pracy gabinetowej dla moich umiejętności opartych o intuicję. Okazało się, że w niektórych przypadkach bardzo przydaje się radiestezyjna lub teleradiestezyjna ocena stanu energetycznego człowieka. Coraz więcej informacji czerpałem z przesyłanych mi fotografii. Później dodałem ocenę różnych aspektów astrologicznych, uwzględniając daty, godziny i miejsca urodzenia osób zgłaszających się do mnie na terapię. Tak zrodziło się moje własne podejście, wypracowane doświadczeniem i dociekaniem przyczyn dolegliwości. A gdy znamy przyczyny o ileż łatwiej przynieść pomoc. Naturalnie intuicja przydaje się również w samym procesie terapeutycznym, pozwala dobrać najlepszą metodę pracy dla każdej osoby. Efekty często mnie samego zadziwiają.